Tekst z katalogu towarzyszącego wystawie pt: Nowe obrazy Janusz Antoszczyk Lipiec 1995,
Galeria Zapiecek

autor tekstu: Janusz K. Głowacki


Janusz Antoszczyk, czyniąc mi propozycję wypowiedzi w niniejszym katalogu, postawił mnie wobec niezwykle trudnego, ale zarazem ważnego zadania. Mówienie o jego malarstwie, to mówienie o podstawach percepcji sztuk plastycznych, co w kontekście konkretnej osobowości, operującej indywidualnym, rozpoznawalnym językiem,
może zabrzmieć jak truizm. Ale trudno jest mówić o jego malarstwie inaczej. Twórczość hermetyczna, obudowana teorią, z kluczem, wymaga słów wyjaśnienia czy dyskusji. Natomiast jedynym kluczem do twórczości Antoszczyka,
jest indywidualna wrażliwość odbiorcy. Jeżeli ją posiada, wejdzie w świat tych obrazów.
Wstęp do katalogu, to nie miejsce krytyki – ma on przybliżyć autora. Krytyka, której może służyć szczegółowa analiza formalna ściśle systematyzująca ów, na pierwszy rzut oka rozpoznawalny język jakim się posługuje Antoszczyk, dla nieprofesjonalisty to przyciężki balast sztuki, a bez wyłożenia, której inny malarz łatwo sam ustosunkuje się do prezentowanych prac.
Oczywiście, z punktu widzenia historyka sztuki, można pokusić się o próby klasyfikacji i umiejscowienia twórczości Janusza Antoszczyka w obrębie współcześnie dziejącej się sztuki, choć szafowanie określeniami,
kiedy pojęcia: jak np. eklektyzm brzmi jeszcze pejoratywnie, a postmodernizm jak by heroicznie, jest ryzykowne
i niecelowe, tym bardziej, jeśli nie obracamy się w kręgu sztuki z założenia nowatorskiej, by nie rzec awangardowej. A tak jest w przypadku Antoszczyka. Możemy w jego obrazach dopatrzyć się wpływu różnych tak zwanych mistrzów sztuki współczesnej jak np. Miró, czy szkół – jak fowiści, ale nie to wydaje się istotne obcując
z jego obrazami. To malarstwo jest jak dobra poezja, której nowy język już okrzepł, a meritum stanowi jego przekaz.
Z tą jednak trudnością, że o ile współczesna poezja operując słowami operuje ciągle konkretnymi ich intelektualnymi wartościami, o tyle w malarstwie operuje się formą i barwą, językiem jeszcze mniej jednoznacznym, powiedziałbym właśnie jeszcze bardziej "poetyckim", jak dźwięk i rytm klasycznej poezji. Jest to język kierujący się bezpośrednio do wrażliwości. Zarówno wrażliwości zmysłowej, jak i tej, która rozciąga się poza wyróżnionymi pięcioma podstawowymi zmysłami, poczynając od równowagi czy kinestazy, poprzez pozornie pozazmysłową intuicję, po niezbadane i nieokreślone jeszcze możliwości ludzkiej percepcji. Na tym polega chyba fenomen poezji, która docierając do pokładów naszej świadomości i podświadomości, w zależności od osobowych właściwości odbiorcy buduje w nas odrębne światy, których wielość jest nieskończona. Natomiast rangę artysty określa skala
i siła oddziaływania docierająca do naszej wrażliwości.
Janusz Antoszczyk czyni to dwutorowo. Nie rezygnując z daleko jednak uproszczonej figuracji, za jej pomocą określa ogólny charakter obrazu, za pomocą określonych form kieruje naszą uwagą w bardzo konkretne rejony rzeczywistości. Pojawiają się mniej lub bardziej realne pejzaże, przedmioty, ludzie i zwierzęta, ciała i fetysze,
a w ostatnich obrazach nawet twory może pozaziemskie. Już wzajemne ich przemieszanie, nierealne połączenie wbrew zasadom fizyki, biologii, czasu i miejsca powoduje, że wyłączamy naszą rutynową zdolność postrzegania
i musimy otworzyć wszystkie nasze receptory. Formy w obrazach Antoszczyka to nie figury za pomocą, których opowiada konkretne historie, czy formułuje sądy. Zapewne w jego świecie wynikają one z konkretnych sytuacji fizycznych i mentalnych, ale on nam tego nie narzuca. Mam wrażenie, że bardzo świadomie rezygnuje z przekazu konkretnych treści, jako celu komunikacji z drugim człowiekiem. Ponadto wydaje mi się, że formułując je w ten sposób sam do nich dystansuje się, zyskując dzięki temu dla siebie samego szerszą skalę znaczeń i przeżyć.
Te przedmiotowe odniesienia sugerują klimat, koncentrują naszą uwagę, ale dopiero warstwa czysto malarska jest tą sferą prawdziwego kontaktu, dotykania, wnikania, przekazu tego, co nie możliwe werbalnie czy pojęciowo.
Dzieje się to za pomocą formy, barwy i faktury. W tym również ujawnia się jego malarska natura.
Nawet, bowiem kiedy tworzy – wcześniej w metalu, a obecnie w technice serigrafii – to jest to malarstwo; - gdzie forma nie jest do końca jednoznacznie określona w swej strukturze; - gdzie barwa – często wyraz emocjonalnego napięcia - nie jest określonym kolorem, ale wypadkową kolorów i światła; - gdzie wreszcie faktura – raz laserunkowo gładka, gdzie indziej chropowata i naładowana energią – dopełnia wypowiedzi. Jest to olbrzymia, często nieuświadomiona sfera naszego wewnętrznego życia, której przełożenie na inny język – język słowa – nie jest możliwe. I w tym tkwi tajemnica – tajemnica i sens malarstwa. Bardzo często widz pragnie, aby wskazać
w obrazie to, co już zna, do czego przywykł, z czym nauczył się już obcować i ułożyć to w miarę wygodną historię. Ta zasada obcowaniaz obrazami Janusza Antoszczyka właśnie je zamyka. Te obrazy trzeba oglądać pozwalając na pełną aktywność naszej wielopłaszczyznowej wrażliwości, wyobraźni, a wówczas otworzy się świat zawartej w nich poezji w sensie mentalnym i zmysłowym.